urządzenie kosmetyczne

Aktywistka Maja Staśko o ciele, samoakceptacji i tresurze


(Fot. Dawid Majewski) 

Gdy dziewczyny wstawiają zdjęcia do internetu, słyszą, że same się seksualizują albo same są sobie winne, że ktoś traktuje je jak przedmiot. Patrzymy na ciało jak na produkt, rzecz, towar – mówi Maja Staśko, która razem z Patrycją Wieczorkiewicz wydała książkę „Gwałt polski”. Jako aktywistka wspiera osoby, które doświadczyły gwałtu, a jako osoba publiczna walczy z patriarchatem.

Gdy zamieściłaś w internecie swoje zdjęcia w obcisłym stroju, w tańcu, posypały się seksistowskie komentarze. Upubliczniłaś ten hejt. Twoje fotografie były prowokacją?

Nie. A zrobiła się niezła afera. Głównie przez to, że na zdjęciach widać sutki. Nie noszę stanika, dla mnie sutki nie są skandalem. Uważam, że kobieta ma prawo do swojego ciała. Może robić z nim, co chce. W sieci komentowano, że się sprzedaję, że jestem szmatą, że nie powinnam się dziwić, że ktoś mnie chce zgwałcić. Albo że wręcz zachęcam do gwałtu. Przerażające. Te reakcje podważyły moją wiarę w to, że myślenie o gwałcie może się w Polsce zmienić.

Z drugiej strony okazało się, że jednym zdjęciem mogę wywołać więcej reakcji niż wieloletnim opisywaniem kultury patriarchalnej.

Maja Staśko o komentarzach w Internecie: Często słyszę, że jestem wariatką, biorę złe leki albo powinnam pójść na terapię.

Ciała pokazywane na Instagramie stają się niejako własnością patrzących.

Tak, ludziom wydaje się, że mają prawo zdjęcie, a w konsekwencji ciało na nim przedstawione, posiąść. Gdy dziewczyny wstawiają zdjęcia do internetu, słyszą, że same się seksualizują albo same są sobie winne, że ktoś traktuje je jak przedmioty. Jakby zdjęcie z miejsca uprzedmiotawiało. Sprowadzamy ciało do obrazu. Patrzymy na ciało jak na produkt, rzecz, towar.

Ty zawsze pokazujesz się od naturalnej strony?

Nie. Czasami pokazuję twarz bez żadnych upiększeń, a czasami potrzebuję filtra, bo nie mam siły dźwigać tych wszystkich negatywnych komentarzy. Choć jak widzimy na przykładzie Khloé Kardashian, filtry nie chronią przed hejtem.

(Fot. Dawid Majewski) 

Przejmujesz się prawicowymi trollami?

Raczej nie. Często słyszę, że jestem wariatką, biorę złe leki albo powinnam pójść na terapię. To mnie nie rusza, zwłaszcza od kiedy prowadzę kampanię na rzecz zaprzestania stygmatyzacji problemów psychicznych.

Paradoksalnie najbardziej przejmuję się komentarzami dotyczącymi wyglądu. Gdy ktoś napisze, że mam duże czoło albo wielki nos, nagle zaczynam widzieć w sobie tylko te wydumane wady. Choć przecież wiem, że komentarze nie mówią prawdy o naszym wyglądzie. Słyszałam już, że mam za ciemną albo za jasną cerę, za jasne albo za ciemne włosy, za duży albo za mały nos.

Niestety, osobie, która mówi: „jesteś brzydka, nie chcę cię” albo „jesteś ładna, chcę cię”, wydaje się, że ma nad nami władzę. A ta druga strona czuje się dzięki temu bezwartościowa albo wartościowa. Zdarza się przecież, że osoby czują się nieatrakcyjne, bo nie są molestowane w klubach.

Maja Staśko o nowej definicji kobiecości: Słyszymy, że walka o prawa kobiet jest „niekobieca”. A przecież wszystko, co robię, jest kobiece. Niezależnie, jak wyglądam.

Stając się osobą publiczną, w oczach wielu osób straciłaś prawo do ekspresji ciała. Od osób publicznych oczekuje się, żeby osoby działające w przestrzeni polityczno-społecznej nosiły garnitur jak Hillary Clinton.

Ja też tak kiedyś myślałam. Jako nastolatka w ogóle nie pokazywałam ciała. Chciałam być postrzegana wyłącznie przez pryzmat osiągnięć naukowych.

Na studiach zobaczyłam na okładce książki zdjęcie nagiej Susan Sontag. Intelektualistka, która ma ciało – to była dla mnie nowość. A przecież w pracy nie odłączam się do ciała. Moje palce uderzają w klawiaturę, mój mózg myśli, moje nogi idą do sądu na rozprawę w sprawie gwałtu.

Kiedyś, gdy występowałam na konferencjach naukowych, widziałam, że jestem traktowana inaczej niż mężczyźni – jako kobieta, jako ciało. Jeśli miałam makijaż, uważali, że uwodzę, jeśli nie miałam, oceniali mnie jako zaniedbaną.

Oddzielenie przestrzeni publicznej związanej z intelektem od ciała jest zgubne, bo sprawia, że niezależnie od tego, co zrobimy, będziemy i tak oceniane poprzez nasze ciało, którego tak naprawdę nie powinnyśmy w ogóle mieć…. A bez niego nie możemy żyć! Tak jakby nasza kultura chciała, żebyśmy wszystkie były nieżywe.

Albo stały się awatarami. Dorastając, miałaś poczucie, że dla inteligentnej dziewczyny uroda jest przekleństwem?

Niezależnie od tego, czy uważałam się za atrakcyjną, zawsze miałam problem z wyglądem. Zastanawiałam się chociażby, czy mój strój jest odpowiedni na sprawdzian. Jest takie przekonanie, że na egzamin trzeba się zasłonić, ukryć istnienie ciała. Na studiach zdarzało mi się słyszeć od profesorów, że kobiety specjalnie przychodzą na egzamin z dekoltem, żeby dostać lepszą ocenę. To obrzydliwe. Zamiast skupiać się na nauce, zastanawiałam się, czy nie powinnam była włożyć golfu.

To robienie ofiar z dziewczyn, które tak naprawdę nie są niczemu winne. Winny jest ten, kto uprzedmiotawia.

Potem, już jako aktywistka, słyszałam, że jestem za ładna na feministkę.

Ta opresja działa więc z dwóch stron. Kobieta walcząca o prawa innych kobiet też nie „powinna” nosić dekoltu.

Tak, to absurdalne. Przecież feministek nie powinien łączyć wygląd, tylko poglądy. Z drugiej strony, jako „ładna” feministka, docieram do innej grupy ludzi. Nie odrzucają mnie, bo uważają, że jestem „kobieca”. „Jesteś okej, ale inne feministki mi się nie podobają” – słyszę.

Możesz sobie dzięki temu pozwolić na bardziej radykalne działania?

Trochę tak. Podczas jednego z protestów przeciwko ustawie antyaborcyjnej dziewczyny wysłały mnie, żebym weszła do kościoła, bo nie odróżniałam się wyglądem od konserwatywnych wiernych. Moje koleżanki, te o krótkich włosach, były traktowane inaczej. Jakiś starszy pan ustąpił mi miejsca. Poczuł, że do nich pasuję. Gdy ujawniłam moją tożsamość, ci sami ludzie zaczęli mnie dotykać, mówić: „Cizia, idź stąd”.

(Fot. archiwum prywatne)

Potem, gdy krzyczałam do szczekaczki: „Solidarność naszą bronią”, podeszła do mnie kobieta pod pretekstem zrobienia zdjęcia. Uderzyła mnie aparatem w twarz. Poleciała mi krew. Nie oddałam jej, tylko zapytałam: „Dlaczego pani to zrobiła?”.

Mam zinternalizowane zachowania grzecznej dziewczynki, jak my wszystkie. Socjalizacja do roli grzecznej, posłusznej i miłej działa. Przez większość życia naprawdę taka byłam. Teraz to przełamuję. Byłam też cicha i niewiele mówiłam, a teraz jestem gadułą. Jakbym chciała wygadać się za te wszystkie lata, kiedy musiałam milczeć. Ale automatyczną reakcją z ciała jest wciąż posłuszeństwo.

Łatwiej mi bronić innych niż siebie. Ten imperatyw ochrony innych jest silniejszy niż instynkt samozachowawczy.

Widzisz potrzebę przeformułowania pojęcia kobiecości?

Na pewno. Robimy to codziennie. Nie urodziłyśmy się z dłonią uniesioną na znak protestu. Urodziłyśmy się wszystkie, płacząc, zostałyśmy nazwane dziewczynkami i przebrane w różowe śpioszki. Wszystkie ponosimy konsekwencje patriarchalnego wychowania.

Sam binarny podział na kobietę i mężczyznę jest szkodliwy, a określenie płci przy porodzie niepotrzebne. Ta jedna literka – K albo M – piętnuje nas na całe życie. Tworzymy nową definicję kobiecości, wciąż słysząc, że walka o prawa kobiet jest „niekobieca”. A przecież jeśli uważam się za kobietę, to wszystko, co robię, jest kobiece. Choćbym miała łysą głowę, przeklinała i się biła.

Co myślałaś o feministkach, zanim sama zostałaś feministką?

Nie interesowało mnie to. Skupiałam się na ciężkiej pracy, na czytaniu książek, na studiowaniu, a wcześniej na ćwiczeniach, bo byłam gimnastyczką.

Maja Staśko o przymusie efektywności: Jest mi łatwiej napisać książkę, niż zjeść coś, kiedy jestem głodna

Jakie to było doświadczenie?

Znów paradoksalne, bo gimnastyka artystyczna w dużej mierze opiera się na wyglądzie. Dla mnie to się wtedy nie liczyło. Ważne były treningi. Chodziłam przez większość czasu w dresach. Tylko na planszy miałam mocny makijaż, samoopalacz, obcisłe stroje.

Moje ciało było obiektem sportowym, a nie seksualnym. Teraz dopiero widzę, jak wiele złego można wyrządzić sportem. Od piątego roku życia słyszałam, że mam mało wyraziste spojrzenie. Byłam przekonana, że bez makijażu nie istnieję, jestem niewidoczna, znikam. Polecano mi też samoopalacz, bo jestem blada, i załadano legginsy, żeby wyeksponować nogi.

A sylwetka? Gimnastyczki muszą być szczupłe.

Od zawsze słyszałam, że nie mogę jeść ziemniaków, tylko mięso. Gdy wyjeżdżałyśmy z innymi zawodniczkami na obozy, dostawałyśmy od rodziców zapasy słodyczy. Musiałyśmy się z nimi kryć w łazience. Kiedyś trenerka kazała mojej koleżance wyrzucić lizaka. Stałam wtedy obok i byłam z siebie bardzo dumna, że jestem lepsza, bo nie jem lizaka.

Długo nie byłam w ogóle w stanie jeść przy ludziach. Niejedzenie uważałam za sukces, dowód siły. Podobnie jak brak odpoczynku i snu. Podobało mi się, że potrafię wyrzec się potrzeb cielesnych.

Odkąd chodzę na terapię, zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, jak ważna jest zdrowa relacja z ciałem. Uczę się tego, że jeśli jestem głodna, to jem, a gdy chce mi się spać, to odpoczywam. Wciąż czasem jest mi łatwiej napisać książkę, niż zjeść coś, kiedy jestem głodna. Całe życie wypierałam się ciała. A gdy się go nie słucha, staje się obce.

(Fot. Dawid Majewski) 

Tresura dawała ci wtedy poczucie kontroli?

Tak.

Trudno się z tego wyleczyć.

Wszyscy mamy lekcję do odrobienia. Przymus efektywności jest nam wtłaczany od dziecka. Słyszymy, że jeśli wstaniemy godzinę wcześniej, zostaniemy milionerami. Nikt nie mówi, że trzeba jeść, trzeba spać, odpoczywać.

Za każdym razem, gdy otyła osoba pojawia się w przestrzeni publicznej, mówi się, że to jest promocja otyłości. A gdy jakiś milioner mówi, że nie odpoczywa, nie wytyka się mu promocji niezdrowego trybu życia. A to przecież nieprawda, że osiągnął sukces dzięki wyrzeczeniom. Większość bogatych ludzi jest bogata od urodzenia. Od innych, biedniejszych wymagają poświęcenia na rzecz szefa, właściciela korporacji, pracodawcy. Pracownika w każdej chwili można wymienić, gdy straci zdrowie fizyczne albo psychiczne.

Maja Staśko o pracy aktywistki: Nie powinno być zapotrzebowania dla działań takich jak moje.

Ten przymus efektywności w przypadku pracy aktywistycznej jest o tyle trudniejszy, że gdy odpoczywasz, rośnie kolejka oczekujących na pomoc.

Tak. Rozmawiałam niedawno z koleżanką, która też zajmuje się wspieraniem innych. Mówiła, że w piątek o 20 wyłączyła telefon, bo już nie mogła wytrzymać. Ja nigdy nie wyłączam telefonu. Ona zaczęła mi się tłumaczyć, dlaczego to zrobiła, więc odparłam: „Słuchaj, to, co ty zrobiłaś, jest mądre. Dzięki temu będziesz w stanie pomagać dłużej. To, co ja robię, jest niszczące”.

To problem systemowy. Brakuje wsparcia dla potrzebujących pomocy. Często jestem dla nich ostatnią deską ratunku. Ale to przecież nie ja jestem odpowiedzialna, tylko państwo. W Polsce osoba po gwałcie musi czekać dwa miesiące albo nawet dłużej na terapię. Sprawy w sądzie trwają kilka lat, najczęściej kończą się umorzeniem. Gwałciciele chodzą po ulicach. Ta bezkarność doprowadza niektóre ofiary do samobójstw.

Nie powinno być zapotrzebowania dla działań takich jak moje. Wszystko powinno być zapewnione odgórnie: psychiatrzy, osoby interwencyjne, psychoterapeutki. Może kiedyś, zamiast dawać pieniądze Rydzykowi, Kościołowi czy na kolejne stadiony sportowe, państwo wreszcie przeznaczy fundusze na osoby chore, potrzebujące, skrzywdzone.

Oprócz pracy interwencyjnej jesteś też komentatorką życia społecznego. Śledzenie informacji bywa męczące?

Śledzenie tak. Ale wypowiadanie się publicznie jest odpoczynkiem od pracy interwencyjnej. Z drugiej strony moje posty też są częścią działania interwencyjnego. Napisanie: „nie jesteś winna” do osoby, która doświadczyła gwałtu, dociera do niej. A ogólny post: „jeśli doświadczyłaś przemocy, nie jesteś winna”, dociera do kilkudziesięciu tysięcy osób.

Nie oddzielam jednej pracy od drugiej. Sprawdzam też, co robią celebryci. Gdy jakaś gwiazda pisze, jaka jest silna i że wszystkie takie możemy być, odpowiadam: „Słuchaj, wszystko jest z tobą okej, jesteś ważna, jesteś wartościowa, nie musisz być szczupła, żeby być wartościowa” albo: „Nie musisz mieć psychicznie takiej konstrukcji, która nigdy nie będzie miała kryzysu”. Jako nastolatka chciałam to usłyszeć. Piszę to dla młodszej siebie.

Cały program „Majówka z Vogue Polska” znajdziecie pod linkiem. 

​Razem z PortalYogi przygotowaliśmy dla naszych czytelników niespodziankę. Jeśli chcesz przetestować Portal przez miesiąc za darmo, wystarczy, że skorzystasz z tego linka: http://bit.ly/voguemajowka lub wybierając subskrypcję miesięczną wpiszesz kupon: VOGUE

Oferta jest ważna tylko dla nowych klientów do 4.05 włącznie.

PortalYogi to największe w Polsce internetowe studio z ponad 40 najlepszymi polskimi nauczycielami, blisko 400 sesjami i praktycznie wszystkimi stylami jogi. Działa na zasadzie subskrypcji – miesięczny abonament wynosi 34 zł.





Source link

urządzenie kosmetyczne

Must Read

Related Articles